Cenzura sztucznej inteligencji: 6 dowodów kontroli nad Twoimi słowami

Zapytaj Claude’a albo ChatGPT o sprawę niemieckiego blogera oskarżonego o „nadawanie” treści Russia Today. Dostaniesz gładką, wyważoną odpowiedź — bez ostrych krawędzi, bez podkreślenia, że 2 lipca 2026 roku Trybunał Sprawiedliwości UE naprawdę uznał, iż człowiekowi finansującemu bloga z dobrowolnych datków grozi do 5 lat więzienia za osadzenie czterech filmów. Ten wyrok istnieje, ma numer C-67/25 i pisaliśmy o nim już szczegółowo osobno. Teza tego tekstu sięga jednak dalej: cenzura sztucznej inteligencji to nie technologiczna ciekawostka z konferencji, tylko naturalne przedłużenie mechanizmu, który od dawna rozwija się w sądach i agencjach — mechanizmu, w którym garstka instytucji po cichu decyduje, co wolno powiedzieć o władzy, bez jednej nowej ustawy i bez jednego wyroku, o którym byś wiedział.

Tabela: dwa tory tej samej kontroli słowa

Mechanizm kontroliKto decydujeJawność proceduryDroga odwoławcza
Wyrok sądowy (TSUE, C-67/25)Trybunał Sprawiedliwości UEPełna — tekst wyroku, uzasadnienie, komunikat CURIATak — apelacja w sądzie krajowym
Blokada administracyjna (ABW)Agencja Bezpieczeństwa WewnętrznegoCzęściowa — brak jawnej listy kryteriówOgraniczona — skarga do WSA po fakcie
„Warstwy bezpieczeństwa” modeli AIOpenAI, Anthropic, Meta, GoogleBrak — wewnętrzna polityka firmyBrak — nie ma organu, do którego można się odwołać
Ewolucja prawna 2014→2026TSUE (kolejne sprawy)Rosnąca, ale zawężająca krąg objętych osóbFormalnie tak, praktycznie coraz trudniejsza

Krótkie przypomnienie: dlaczego sprawa Ickerotha w ogóle ma znaczenie

Trzy osoby są ścigane w Niemczech za czterokrotne osadzenie filmów RT Deutsch na darmowym blogu finansowanym z dobrowolnych datków — łącznie 60 038,65 EUR w szesnaście miesięcy. Rzecznik Generalny Rimvydas Norkus w opinii z 12 lutego 2026 roku zdefiniował „operatora” jako pojęcie czysto funkcjonalne: nie liczy się, czy zarabiasz, czy masz redakcję — liczy się, czy techniczny akt retransmisji miał miejsce. TSUE poszedł tą ścieżką w wyroku z 2 lipca 2026 roku. Pełną analizę tej sprawy, wraz z polskim kontekstem blokad ABW z 2022 roku, znajdziesz w naszym wcześniejszym artykule — tutaj interesuje nas coś innego: dokąd prowadzi ta sama logika, zastosowana już nie przez sąd czy agencję, lecz przez algorytm, z którym rozmawiasz codziennie.

Ewolucja: jak przez dekadę rozszerzał się krąg objętych kontrolą

Żeby zrozumieć, dlaczego sprawa Ickerotha jest przełomowa, trzeba zobaczyć ją na tle wcześniejszych spraw — bo to nie jest pierwszy raz, kiedy UE decyduje, kto może mówić o Rosji, a kto nie.

W 2014 roku UE sankcjonowała indywidualnie Dmitrija Kiselowa jako szefa państwowej agencji Rossiya Segodnya — Sąd UE potwierdził tę decyzję wyrokiem z 15 czerwca 2017 roku (sprawa T-262/15). Tu jeszcze wszystko było oczywiste: chodziło o osobę strukturalnie powiązaną z aparatem państwowym, pełniącą kierowniczą funkcję w medium kontrolowanym przez Kreml.

W 2022 roku, wraz z wybuchem pełnoskalowej wojny, UE wprowadziła zakaz ogólny — art. 2f rozporządzenia 833/2014 objął RT i Sputnik jako całe organizacje. RT France zaskarżyła ten zakaz (sprawa T-125/22) i przegrała — Sąd UE uznał wprawdzie ingerencję w art. 11 Karty Praw Podstawowych, ale usprawiedliwił ją „wyjątkowym kontekstem” wojny oraz tym, że nadawca sam nie relacjonował konfliktu w sposób zrównoważony.

W tym samym roku trójka holenderskich dostawców internetu — A2B Connect, BIT i Freedom Internet — zaskarżyła ten sam zakaz z zupełnie innej pozycji: jako pośrednicy techniczni, powołujący się na własne prawo do przekazywania informacji. Też przegrali — Sąd UE oddalił skargę wyrokiem z 26 marca 2025 roku (sprawa T-307/22).

Jak zauważa analiza EU Law Live, we wszystkich tych wcześniejszych sprawach odpowiedzialność wiązała się ze strukturalnym powiązaniem z sankcjonowaną treścią — więzią państwową (Kiselow), statusem korporacyjnego nadawcy (RT France) albo rolą technicznego pośrednika (A2B Connect). Sprawa Ickerotha sięga znacznie dalej — obejmuje każdą osobę prywatną, która po prostu coś udostępniła.

To jest właśnie linia, którą warto zapamiętać: od kierownika propagandowej agencji państwowej (2014), przez korporacyjnego nadawcę (2022), przez technicznego pośrednika internetowego (2022/2025), aż po zwykłego blogera zbierającego datki na kawę (2026). Krąg osób objętych tym samym mechanizmem prawnym systematycznie się poszerza — a każdy kolejny krok wydaje się, sam w sobie, tylko drobnym doprecyzowaniem poprzedniego.

Warto dodać, że Polska ma własny odpowiednik tego mechanizmu, i to surowszy: art. 15 ust. 1 polskiej ustawy sankcyjnej z 13 kwietnia 2022 roku przewiduje karę pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 3 lata za naruszenie zakazów sankcyjnych — bez łagodniejszej dolnej granicy, jaką ma niemiecki AWG (3 miesiące). Dopiero nowelizacja wprowadziła dla „wypadków mniejszej wagi” karę od 3 miesięcy do 5 lat — czyli złagodzenie pojawiło się, ale jako wyjątek, nie zasada. To pokazuje, że polski ustawodawca poszedł w tej sprawie dalej niż niemiecki — mimo że oba kraje wdrażają dokładnie to samo unijne rozporządzenie 833/2014, krajowa swoboda w ustalaniu sankcji karnych pozwoliła na znacznie surowsze podejście po polskiej stronie granicy.

Ewolucja unijnych sankcji od państwowych nadawców do zwykłych blogerów

Cenzura sztucznej inteligencji: ten sam mechanizm, nowy interfejs

Tu dochodzimy do sedna. Miliardy ludzi na świecie już dziś pytają modele językowe o opinie zamiast szukać ich samodzielnie w źródłach pierwotnych. Nie musisz czytać wyroku TSUE po niemiecku ani przekopywać się przez rozporządzenie 833/2014 — wystarczy zapytać asystenta AI „co się stało w sprawie Ickerotha” i dostać streszczenie. Problem w tym, że to streszczenie przechodzi przez filtr, którego architektury nikt z zewnątrz nie widzi. To zresztą ten sam typ pytania, który zadawaliśmy sobie już przy okazji unijnych planów kontroli prywatnej komunikacji w komunikatorach — kto właściwie ma dostęp do treści Twoich rozmów i na jakiej podstawie decyduje, co jest „bezpieczne”, a co nie.

Firmy takie jak OpenAI, Anthropic, Meta i Google budują swoje modele z tak zwanymi „warstwami bezpieczeństwa” — zestawami reguł decydujących, które tematy model omówi wprost, które złagodzi, a które pominie. To nie jest tajemnica ani teoria spiskowa — to publicznie znany, jawnie opisywany element architektury tych systemów, częściowo wynikający z realnych, uzasadnionych powodów (np. unikanie instrukcji do krzywdzenia ludzi). Problem, o którym mówimy w tym artykule, dotyczy węższego wycinka tego zjawiska: sposobu, w jaki te same mechanizmy bezpieczeństwa wpływają na omawianie tematów politycznych i spornych ocen władzy — bez jawnej listy takich tematów, bez procedury odwoławczej i bez formalnego aktu prawnego, który obywatel mógłby zaskarżyć.

W praktyce mechanizm ten działa na kilku poziomach naraz. Pierwszy to dobór danych treningowych — to, czego model w ogóle się nauczył, zależy od tego, jakie teksty znalazły się w zbiorze uczącym, a ta decyzja zapada wewnętrznie, bez żadnej publicznej listy źródeł włączonych lub wykluczonych. Drugi poziom to tzw. dostrajanie pod kątem bezpieczeństwa — proces, w którym model uczy się unikać pewnych sformułowań, łagodzić pewne oceny albo dodawać zastrzeżenia tam, gdzie twórcy uznali to za rozsądne. Trzeci, najmniej widoczny poziom, to filtry nakładane już na samą odpowiedź, zanim trafi do użytkownika. Każdy z tych poziomów może wpływać na to, jak model opisuje sprawy sporne politycznie — a użytkownik nie ma sposobu, żeby odróżnić, czy dana odpowiedź jest wynikiem jednego z tych mechanizmów, czy po prostu stanu wiedzy modelu.

Niejawne warstwy bezpieczeństwa modeli AI filtrujące odpowiedzi o władzy

Warstwy bezpieczeństwa, o których nie wiesz

Porównaj to z mechanizmem, który właśnie prześledziliśmy na przykładzie czterech kolejnych spraw sądowych. Tam przynajmniej istnieje: tekst rozporządzenia, jawny wyrok z uzasadnieniem, opinia Rzecznika Generalnego, komunikat prasowy CURIA i możliwość apelacji do sądu krajowego. Możesz się nie zgadzać z wyrokiem — ale wiesz, na jakiej podstawie zapadł, kto go wydał i jaka jest droga odwoławcza.

W przypadku modeli AI nie masz nic z tego. Nie wiesz, dlaczego dany temat został wygładzony. Nie wiesz, czy to decyzja prawna, biznesowa, czy czysto reputacyjna korporacji. Nie ma „Landgericht Saarbrücken” dla algorytmu — jest tylko wewnętrzny dokument polityki bezpieczeństwa, do którego nie masz dostępu. To jest właśnie różnica jakościowa: sądowa cenzura, nawet kontrowersyjna, zostawia ślad papierowy, który można analizować, krytykować i zaskarżać — tak jak robimy to w tym artykule. Algorytmiczna nie zostawia żadnego takiego śladu.

Nierówność, która nie jest przypadkiem

Jan Penfrat, starszy doradca ds. polityki w European Digital Rights, komentując wyrok w sprawie Ickerotha, zwrócił uwagę na kluczową asymetrię: ściganie osób prywatnych i małych, niekomercyjnych stron budzi wątpliwości co do proporcjonalności, podczas gdy duże platformy — Facebook, YouTube, TikTok, X — nadal zarabiają na dystrybucji tych samych materiałów w ramach programów partnerskich i monetyzacji.

Zauważ mechanizm: mały gracz — bloger, dziennikarz-amator, twórca niszowego newslettera — ponosi pełną odpowiedzialność karną. Wielka platforma, dysponująca zasobami prawnymi i lobbystycznymi, dalej zarabia na tych samych treściach. Ten sam wzorzec powtarza się w debacie o modelach AI: to duże korporacje ustalają reguły gry dla miliardów użytkowników, podczas gdy pojedynczy twórca treści nie ma żadnego wpływu na to, jak jego praca zostanie przefiltrowana, streszczona albo pominięta przez system, z którego korzystają odbiorcy zamiast czytać źródło.

Efekt mrożący bez jednej ustawy

Penfrat użył frazy, która powinna zapalić lampkę ostrzegawczą u każdego, kto ceni wolność słowa: rozszerzenie odpowiedzialności karnej na osoby publikujące bez motywu komercyjnego oznacza, że staje się ona istotnym ryzykiem dla każdego, kto publikuje cokolwiek online. To jest właśnie definicja efektu mrożącego — nie trzeba nikogo skazać, wystarczy, że wystarczająco dużo ludzi zacznie się bać.

Ten sam mechanizm działa w świecie modeli językowych, tylko subtelniej. Jeśli model konsekwentnie unika ostrych ocen władzy, konsekwentnie łagodzi krytykę wielkich instytucji, konsekwentnie „balansuje” tam, gdzie fakty są jednoznaczne — nie musi to być wynikiem jednego rozkazu z góry. Wystarczy, że twórcy modelu z ostrożności biznesowej i prawnej wolą nie ryzykować. Efekt końcowy jest zbliżony do tego, co widzieliśmy przy blokadach ABW czy wyroku TSUE: zawężenie pola tego, co można bezpiecznie powiedzieć o władzy — tyle że bez jednego konkretnego dokumentu, do którego można by to zawężenie przypisać i zaskarżyć.

Skala obchodzenia twardych ograniczeń prawnych pokazuje zresztą, że nawet jasno spisane prawo nie eliminuje problemu, a jedynie go przesuwa. Correctiv.Faktencheck zidentyfikował w lutym 2026 roku ponad 20 aktywnych domen-lustrzanych RT DE dostępnych z terytorium Niemiec, generujących łącznie około 2,6 miliona odsłon miesięcznie. Ściganie pojedynczego blogera za 60 tysięcy euro datków nie zatrzymało przepływu informacji — zatrzymało tylko jedno, najsłabsze ogniwo łańcucha.

Gdzie leży prawdziwy problem

Prawdziwy problem nie polega na tym, że RT jest „niewinnym źródłem informacji” — samo RT, odrzucając zarzuty, twierdzi jedynie, że UE nie wskazała „ani jednego przykładu, ani jednego ziarna dowodu” fałszywego raportowania, co jest twierdzeniem strony zainteresowanej i wymaga dystansu. Problem leży gdzie indziej: w architekturze decyzyjnej, która pozwala rozciągać definicje prawne i techniczne bez nowej debaty publicznej, bez nowego głosowania, bez nowej ustawy — i która ma dziś swój dokładny odpowiednik poza salą sądową, w kodzie modeli, z których korzystasz codziennie.

Rzecznik Generalny Norkus miał formalnie rację — wąska definicja „operatora” oparta na braku zysku byłaby łatwa do obejścia. To silny argument prawny. Konsekwencją tej logiki jest jednak to, że dziś obejmuje ona bloga finansowanego kwotą 60 038,65 EUR w szesnaście miesięcy, a jutro może objąć każdego, kto zacytuje sankcjonowane źródło w celu krytyki, satyry czy analizy dziennikarskiej. Ten sam mechanizm rozciągania definicji — „bezpieczeństwo”, „dezinformacja”, „ryzyko reputacyjne” — jest dokładnie tym słownikiem, którego używają wewnętrzne polityki dużych modeli AI, żeby uzasadnić, dlaczego dany temat zostanie wygładzony.

Prawdziwy problem to zatem nie jeden zły wyrok i nie jedna zła polityka firmy technologicznej. To cenzura instytucjonalna i cenzura algorytmiczna rosnące razem, karmiące się tym samym argumentem — że skuteczność ochrony przed zagrożeniem wymaga rozciągnięcia definicji poza pierwotny zamiar. Za każdym razem brzmi to rozsądnie. Za każdym razem efekt jest ten sam: mniej przestrzeni na niewygodne pytania o władzę. Ten sam wzorzec — rozciąganie definicji „bezpieczeństwa” i „zagrożenia” poza pierwotnie deklarowany cel — widzieliśmy już przy okazji unijnego nadzoru finansowego AMLA i centralizacji tożsamości cyfrowej eIDAS — to nie jest zjawisko odosobnione, tylko powtarzalny mechanizm rozrostu władzy instytucjonalnej, niezależnie od dziedziny, w której akurat się objawia.

Cenzura instytucjonalna i cenzura algorytmiczna jako dwa tory tego samego mechanizmu

FAQ

Czym różni się ten artykuł od Waszego wcześniejszego tekstu o wyroku TSUE?

Tamten artykuł skupiał się na samej sprawie Ickerotha i jej polskim kontekście (blokady ABW). Ten tekst używa tamtej sprawy jako punktu wyjścia do szerszej tezy: że ten sam mechanizm rozciągania definicji kontroli nad słowem powtarza się dziś w „warstwach bezpieczeństwa” modeli sztucznej inteligencji — bez jawnej procedury, ustawy czy możliwości odwołania.

Czym dokładnie jest „cenzura sztucznej inteligencji” w tym kontekście?

To zjawisko, w którym firmy takie jak OpenAI, Anthropic, Meta i Google decydują poprzez wewnętrzne, niejawne polityki bezpieczeństwa swoich modeli, co model powie wprost, a co złagodzi lub pominie w tematach politycznych i spornych ocenach władzy — bez jawnej procedury, ustawy czy możliwości odwołania się, analogicznie do mechanizmów sądowych i administracyjnych opisanych w artykule.

Jak zmieniała się definicja osób objętych unijnymi sankcjami wobec mediów rosyjskich?

Od 2014 roku, gdy sankcjonowano indywidualnie Dmitrija Kiselowa jako kierownika państwowej agencji (T-262/15), przez 2022 rok i zakaz ogólny wobec RT jako korporacyjnego nadawcy (T-125/22) oraz sprawę dostawców internetu jako pośredników technicznych (T-307/22), aż po wyrok C-67/25 z 2026 roku, obejmujący zwykłych blogerów bez żadnego strukturalnego powiązania z Rosją.

Dlaczego duże platformy nie są ścigane tak jak mali blogerzy?

Jan Penfrat z European Digital Rights wskazał, że Facebook, YouTube, TikTok i X nadal monetyzują te same treści z sankcjonowanych źródeł w ramach programów partnerskich, podczas gdy ściganie dotyka małych, niekomercyjnych twórców — co rodzi pytanie o proporcjonalność egzekwowania prawa.

Czy Polska ma podobne przepisy sankcyjne?

Tak, i są surowsze niż niemieckie. Art. 15 ust. 1 polskiej ustawy sankcyjnej z 13 kwietnia 2022 roku przewiduje karę pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 3 lata, bez górnej granicy w podstawowym typie przestępstwa — łagodniejszy wariant (3 miesiące do 5 lat) dotyczy tylko „wypadków mniejszej wagi”.

Czy to oznacza, że modele AI otrzymują bezpośrednie instrukcje polityczne od rządów?

Artykuł nie stawia takiej tezy i nie ma na to dowodów. Mechanizm opisany w tekście jest subtelniejszy: konsekwentna ostrożność biznesowa i prawna firm technologicznych przy tematach spornych może prowadzić do podobnego efektu zawężenia debaty co formalna cenzura, nawet bez jednego rozkazu z góry.

Co mogę zrobić jako czytelnik, żeby nie polegać ślepo na filtrach AI?

Warto traktować odpowiedzi modeli językowych jako punkt wyjścia, a nie ostateczne źródło — i wracać do dokumentów pierwotnych, takich jak komunikaty CURIA, teksty rozporządzeń czy relacje z sal sądowych, zamiast polegać wyłącznie na streszczeniu wygenerowanym przez system, którego reguł nie widzisz.

Czy krytyka tego mechanizmu oznacza, że RT mówiło prawdę?

Nie — artykuł nie broni treści RT ani nie kwestionuje faktu, że kanał podlega unijnym sankcjom od marca 2022 roku. Problem opisany w tekście dotyczy architektury rozciągania definicji prawnych i technicznych, a nie oceny wiarygodności konkretnego nadawcy.

Źródła pierwotne

Pełną analizę samej sprawy Ickerotha i jej polskiego kontekstu (blokady ABW z 2022 roku, wyrok WSA) znajdziesz w naszym wcześniejszym artykule: Wyrok TSUE cenzura internetu: 5 lat więzienia za reposta.


Tekst przygotowany z pomocą AI, zweryfikowany redakcyjnie przez Wydawnictwo Wolne Pióro. Odpowiedzialność redakcyjna: Telegram / E-Mail.

By Jurek R1a

Freelancer, wolnościowiec, miłośnik natury i nowoczesnych technologii.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *