Wyrok TSUE cenzura internetu: 5 lat więzienia za reposta – oto nowy koszmar polskich blogerów

Wyobraź sobie blog prowadzony przez trzy osoby, bez reklam, bez sponsorów, utrzymywany z dobrowolnych wpłat czytelników. Nazywa się „Live-Ticker”, działa pod pseudonimem, a jego twórcy w 2023 roku czterokrotnie wrzucili na stronę filmy z kanału RT Deutschland. Efekt? Policja w Saarland zajęła stronę, wszczęto postępowanie karne, a sprawa trafiła aż do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. 2 lipca 2026 roku zapadł wyrok TSUE cenzura internetu przestała być metaforą — stała się precedensem prawnym, który w praktyce pozwala wsadzić bloga do więzienia za sam fakt udostępnienia materiału z niepożądanego źródła, niezależnie od tego, czy ten materiał był prawdziwy, kontekstowy czy w ogóle miał cokolwiek wspólnego z propagandą.

To nie jest tekst o tym, czy RT szerzy dezinformację — bo pewnie szerzy. To tekst o tym, że narzędzie stworzone do walki z nadawcą kontrolowanym przez Kreml właśnie zostało rozciągnięte na Ciebie, mnie i każdego, kto prowadzi bloga, kanał na YouTube czy nawet zwykły profil na Facebooku.

Tabela: co się właśnie wydarzyło

ElementSzczegóły
WyrokTSUE, sprawa C-67/25 Traugott Ickeroth, 2 lipca 2026 r.
Sąd odsyłającyLandgericht Saarbrücken (Niemcy), pytanie z 31 stycznia 2025 r.
OskarżeniTrzy osoby (R, N, K), blog „Live-Ticker”
ZarzutPublikacja 4 filmów RT Deutschland w 2023 r.
Podstawa prawnaArt. 2f ust. 1 rozporządzenia Rady (UE) 833/2014
Kara grożąca w Niemczech3 miesiące – 5 lat więzienia (§18 AWG, nowelizacja z 6 lutego 2026 r.)
Dochód bloga z darowizn60 038,65 EUR (kwiecień 2022 – sierpień 2023)
Polski precedensBlokady ABW: myslpolska.info, wRealu24.pl i 10 innych stron (maj 2022)
Podstawa prawna w PolsceArt. 180 Prawa telekomunikacyjnego

Co właściwie orzekł Trybunał

Sprawa C-67/25 formalnie dotyczyła jednego pytania: czy pojęcie „operatora” z art. 2f ust. 1 rozporządzenia 833/2014 obejmuje osobę fizyczną prowadzącą darmowego bloga finansowanego z dobrowolnych wpłat? Trybunał, w składzie Czwartej Izby, odpowiedział twierdząco. Komunikat prasowy CURIA nr 94/26 nie zostawia miejsca na interpretację: zakaz rozpowszechniania treści RT stosuje się do strony internetowej dostępnej publicznie bezpłatnie, a jego stosowanie nie zależy ani od celu zarobkowego, ani od zakresu czy czasu trwania nadawania.

Innymi słowy — nieważne, czy zarabiasz na tym pieniądze. Nieważne, czy Twój blog czyta pięć osób czy pięćdziesiąt tysięcy. Liczy się wyłącznie to, czy w ogóle udostępniłeś materiał pochodzący od podmiotu z unijnej listy sankcyjnej.

Wyrok rozszerza poważne ograniczenie wolności wypowiedzi na jednostki dalekie od podmiotów, dla których to ograniczenie zostało pierwotnie uzasadnione.

To sformułowanie oddaje istotę problemu lepiej niż jakikolwiek oficjalny komunikat. Sankcje projektowano z myślą o korporacyjnych nadawcach kontrolowanych przez Kreml — RT France, Sputnik. TSUE właśnie przeniósł tę samą logikę na trzy anonimowe osoby zbierające datki na darmowego bloga.

Sprawa zaczęła się od opinii Rzecznika Generalnego

Zanim zapadł wyrok, 12 lutego 2026 roku swoją opinię przedstawił Rzecznik Generalny Rimvydas Norkus — litewski prawnik, wcześniej Prezes Sądu Najwyższego Litwy. Norkus był jednoznaczny: pojęcie „operatora” ma charakter funkcjonalny i technologicznie neutralny. Obejmuje każdą osobę fizyczną lub prawną sprawującą faktyczną kontrolę nad publikacją treści — bez względu na model finansowania.

Trybunał poszedł dokładnie tą ścieżką. Sąd odsyłający, Landgericht Saarbrücken, prowadząc postępowanie karne przeciwko R, N i K, natrafił na lukę interpretacyjną: czy przepis napisany z myślą o nadawcach obejmuje też blogera-amatora? Sąd zamiast rozstrzygać samodzielnie, skierował pytanie prejudycjalne do Luksemburga 31 stycznia 2025 roku — to standardowa procedura, w ramach której sąd krajowy pyta TSUE o wykładnię prawa unijnego, a odpowiedź wiąże następnie wszystkie sądy w Unii, nie tylko ten, który zadał pytanie. Odpowiedź, którą sąd niemiecki otrzymał półtora roku później, brzmi: tak, obejmuje — i teraz ma mandat do skazania.

Kim są R, N i K — historia bloga, który trafił do Luksemburga

„Live-Ticker” nie był tajną komórką propagandową. Jak twierdzili sami twórcy, miał być alternatywą wobec mediów głównego nurtu — kurowanym strumieniem komentarzy, linków i filmów. Dostęp darmowy, zero reklam, zero płatnych subskrypcji, zero umów sponsorskich. Jedyne źródło przychodu to dobrowolne darowizny czytelników — od kwietnia 2022 do sierpnia 2023 roku uzbierano w ten sposób 60 038,65 euro, czyli statystycznie ok. 45 tysięcy euro rocznie na trzy osoby.

Traugott Ickeroth to zresztą pseudonim — jak podaje Reason, jedna z oskarżonych osób posługuje się nim także do publikowania treści o międzywymiarowych kosmitach i Iluminatach. To nie jest zorganizowana siatka wywiadowcza Kremla. To garstka internetowych dziwaków z niszowym blogiem.

A mimo to policja w Saarland uznała, że trzykrotne udostępnienie filmów RT wystarcza, by zająć stronę i wszcząć ściganie karne na podstawie przepisów o naruszeniu sankcji gospodarczych.

Definicja „operatora” jako funkcjonalna pułapka

To jest sedno wolnościowego problemu z tym wyrokiem. We wcześniejszym orzecznictwie — sprawy Kiselev czy RT France — Trybunał wiązał odpowiedzialność ze strukturalnym powiązaniem z podmiotem sankcjonowanym: kontrolą państwową, rolą pośrednika, funkcją korporacyjną. Komentatorzy EU Law Live zauważają, że wyrok w sprawie Ickeroth odrywa pojęcie „operatora” od jakiegokolwiek takiego związku.

Nie musisz mieć nic wspólnego z RT. Nie musisz być zatrudniony, opłacany ani choćby sympatyzujący z Kremlem. Wystarczy, że w jakimś momencie udostępniłeś materiał, który formalnie pochodzi od podmiotu z załącznika XV do rozporządzenia 833/2014.

Nie ma znaczenia, czy treść jest prawdziwa, nie ma znaczenia, czy jest w interesie publicznym, nie ma znaczenia, czy osoba, która ją udostępnia, ma jakikolwiek zawodowy związek z danym medium. Jedynym kryterium jest tożsamość pierwotnego nadawcy.

To zdanie, sformułowane przez komentatorów włoskich analizujących wyrok, jest chyba najbardziej precyzyjnym podsumowaniem tego, co się właśnie stało. Karze się nie treść — karze się źródło. A to jest już mechanizm bliższy cenzurze politycznej niż realnej walce z dezinformacją. Podobny wzorzec — poszerzanie zakresu narzędzia regulacyjnego daleko poza jego pierwotnie deklarowany cel — widać zresztą w tym, jak unijny nadzór finansowy AMLA rozszerza swoje kompetencje ze wskazanego wąskiego celu na coraz szersze grono obywateli.

Definicja operatora rozszerzona z korporacyjnych nadawców na zwykłych blogerów

Brak korekty proporcjonalności

W sprawie RT France z 2022 roku (T-125/22, oddalona przez Sąd UE w Wielkiej Izbie 27 lipca) ingerencja w wolność wypowiedzi była uzasadniana m.in. „obowiązkami i odpowiedzialnością” nadawcy audiowizualnego — konkretnym, wzmocnionym statusem prawnym medialnej korporacji. Bloger z Saarland żadnym takim obowiązkom nie podlega. A mimo to kryteria stworzone dla profesjonalnego nadawcy zastosowano wobec niego mechanicznie, bez żadnej korekty proporcjonalności.

Krótko: przepis pisany dla goliata trafił w dawida — i nikt się nie zatrzymał, żeby sprawdzić, czy to w ogóle ma sens.

Niemcy już zaostrzają przepisy — i to zanim zapadł wyrok

Zbieg okoliczności jest tu wyjątkowo nieprzypadkowy. 6 lutego 2026 roku, na kilka miesięcy przed wyrokiem TSUE, w Niemczech weszła w życie nowelizacja ustawy o handlu zagranicznym (Außenwirtschaftsgesetz, AWG). Wiele zachowań, które wcześniej podlegały co najwyżej grzywnie administracyjnej, stało się przestępstwem. Nowelizacja implementuje unijną dyrektywę sankcyjną (EU) 2024/1226, która po raz pierwszy ustanawia wiążące minimalne standardy karania za naruszenia sankcji UE — z jasnym celem: bardziej jednolite i bardziej odstraszające egzekwowanie prawa w całej Unii.

Kary? Od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności dla osób fizycznych (§ 18 ust. 1 AWG). Dla osób prawnych — grzywna do 40 milionów euro. Rok więzienia bez limitu górnego albo grzywna za samo niedopełnienie obowiązku zgłoszenia środków.

To nie jest teoretyczny straszak. To realny reżim karny, który właśnie zyskał sądowe potwierdzenie, że obejmuje zwykłych internautów.

Skala „problemu”, który miał uzasadniać represję

Zwolennicy twardego egzekwowania zakazu wskazują na coś realnego: Correctiv.Faktencheck zidentyfikował w lutym 2026 roku ponad 20 aktywnych domen-luster RT Deutsch dostępnych z terytorium Niemiec, generujących łącznie ok. 2,6 miliona odsłon miesięcznie. To dowód, że luka w systemie sankcyjnym faktycznie była wykorzystywana na dużą skalę — nie tylko teoretycznie.

Problem w tym, że odpowiedzią na tę skalę stało się nie ściganie zorganizowanych operacji dezinformacyjnych typu Doppelganger (przypisywanej moskiewskiej Social Design Agency), tylko postawienie przed sądem trojga anonimowych blogerów z Saary zbierających datki na utrzymanie strony.

Polska już to robi — i nikt tego nie kontroluje

Dla polskiego czytelnika ten wyrok nie powinien brzmieć egzotycznie. My mamy swój własny precedens, i to od dawna. Już w maju 2022 roku Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zablokowała co najmniej 12 stron internetowych — w tym myslpolska.info, pl.sputniknews.com, wolnemedia.net oraz wRealu24.pl i wRealu24.tv — pod pretekstem „działalności propagandowej”. Pełna lista pozostaje niejawna.

Podstawą prawną tych blokad jest art. 180 Prawa telekomunikacyjnego — przepis, który pozwala Szefowi ABW żądać zablokowania treści zagrażającej np. „porządkowi publicznemu”. Fundacja Panoptykon od lat ostrzega, że nikt tych żądań nie weryfikuje, a skala tego mechanizmu pozostaje nieznana.

Przepis ten umożliwia m.in. Szefowi ABW żądanie blokady treści, jeśli zagraża ona np. porządkowi publicznemu. Nikt tych żądań nie weryfikuje.

Marcin Rola, właściciel wRealu24, ocenił blokadę wprost jako próbę cenzurowania dziennikarzy za uprawianie dziennikarstwa. Janusz Cieszyński, ówczesny sekretarz stanu ds. cyberbezpieczeństwa, potwierdził skuteczność blokady i wcześniej wzywał Twittera do usunięcia konta samego Roli.

Widzisz mechanizm? W Polsce mamy już narzędzie blokowania bez kontroli sądowej ex ante. Niemiecki wyrok TSUE daje temu samemu mechanizmowi europejską pieczątkę — i otwiera drogę do tego, by z blokowania stron przejść do ścigania karnego konkretnych osób, tak jak stało się to w Saarbrücken.

Blokady stron internetowych przez ABW na podstawie art. 180 Prawa telekomunikacyjnego

Precedens dla polskich sądów

Wyrok TSUE wiąże wszystkie sądy krajowe w Unii, w tym polskie. Jeśli niemiecki sąd w Saarbrücken skaże R, N i K na podstawie tej wykładni, polski prokurator — czy to na podstawie unijnego rozporządzenia sankcyjnego wprost, czy przez analogiczną wykładnię krajowych przepisów — będzie miał gotowe narzędzie prawne, by zrobić dokładnie to samo wobec polskiego blogera, który udostępnił materiał RT albo Sputnika. Nie trzeba nowej ustawy. Wystarczy chęć zastosowania istniejącej. Ten sam schemat — narzędzie zaprojektowane na jeden, wąski przypadek, które później służy do znacznie szerszej kontroli nad tym, co obywatel może zobaczyć w sieci — widać też w unijnych planach nadzoru nad prywatną komunikacją w komunikatorach.

Rozszerzanie się definicji „wroga” — od RT do krytyków polityki wobec Gazy

Gdyby ktoś argumentował, że to wszystko dotyczy tylko materiałów rosyjskich i tylko RT — mamy dowód, że mechanizm już rozlewa się szerzej. 20 maja 2025 roku, w ramach 17. pakietu sankcji wobec Rosji, UE po raz pierwszy objęła sankcjami niemieckich obywateli-dziennikarzy. Wśród nich znalazł się Hüseyin Doğru, założyciel platformy Red Media.

Rada UE nie oskarżyła Doğru o żadne konkretne przestępstwo ani nie przedstawiła dowodów wykraczających poza kilka wpisów na X — uzasadnienie mówiło ogólnie o powiązaniach z rosyjską propagandą państwową. Efekt? Doğru nie mógł wypłacić więcej niż 600 dolarów miesięcznie z własnego konta bankowego. Niemiecki bank federalny oświadczył wprost, że danie mu pracy albo nawet prezentu naruszałoby sankcje. Objęto nimi też jego żonę — brytyjską dziennikarkę Lizzie Phelan, wcześniej reporterkę RT.

15 grudnia 2025 roku na unijnej liście sankcyjnej znalazł się z kolei Jacques Baud — emerytowany pułkownik szwajcarskiej armii i analityk wywiadu specjalizujący się w terroryzmie i krajach wschodnich. Uzasadnienie Rady UE stwierdziło, że Baud działa „jako tuba prorosyjskiej propagandy i tworzy teorie spiskowe” — jako przykład podając jego twierdzenie, że Ukraina dążyła do własnej inwazji, by przyspieszyć wejście do NATO. Sam Baud twierdzi, że nie dowiedział się o sankcjach od żadnej oficjalnej instytucji — usłyszał o nich w radiu. Łącznie tę konkretną listę objęto 12 osobami i 2 podmiotami.

To jest właśnie ten „efekt równi pochyłej”, o którym mówi kąt wolnościowy tego tekstu. Mechanizm stworzony do walki z rosyjską machiną propagandową — RT, Sputnik — zaczyna obejmować niemieckich dziennikarzy krytykujących politykę wobec Gazy i szwajcarskich analityków wojskowych. Etykieta „prorosyjska dezinformacja” staje się elastycznym narzędziem wobec każdej niewygodnej narracji, niezależnie od jej faktycznego związku z Moskwą.

Głosy przeciwne — i dlaczego nie do końca przekonują

Uczciwie: argumenty zwolenników twardego egzekwowania sankcji nie są głupie. Rosja rzeczywiście prowadzi zorganizowane operacje dezinformacyjne — Doppelganger to udokumentowany fakt, nie teoria spiskowa. 2,6 miliona odsłon domen-luster RT miesięcznie to realna skala obejścia sankcji. Argument prawny AG Norkusa też ma logikę: gdyby „operator” definiowany był wąsko, każdy nadawca propagandy mógłby uniknąć sankcji, po prostu przechodząc na model non-profit finansowany z darowizn.

Jest też argument formalny — polskie media biznesowe podkreślają, że TSUE nie tworzy nowej normy karnej, tylko interpretuje istniejącą. Wymiar kary, wina, okoliczności łagodzące — to wszystko wciąż zależy od sądu w Saarbrücken.

Tylko że to rozróżnienie brzmi ładnie w teorii prawnej, a znacznie gorzej w praktyce, kiedy prokurator ma już gotowe narzędzie, sąd ma mandat, a przepisy karne w Niemczech od lutego 2026 roku są ostrzejsze niż kiedykolwiek. Formalna „wolność interpretacyjna” sądu krajowego nie zmienia faktu, że górna granica zagrożenia — 5 lat więzienia — jest teraz oficjalnie dostępna wobec kogoś, kto prowadził bloga za darmo.

Gdzie leży prawdziwy problem

Prawdziwy problem nie polega na tym, że UE broni się przed rosyjską propagandą. Problem polega na tym, jakim kosztem i jak szerokim narzędziem to robi. Wyrok TSUE cenzura internetu to nie epizod dotyczący trzech dziwaków z Saary — to precedens prawny, który wiąże wszystkie sądy w Unii, także polskie.

Zestaw faktów jest bezlitosny: rozszerzenie definicji „operatora” na osoby prywatne (Ickeroth), sankcje wobec dziennikarzy bez postawienia zarzutów (Doğru, Baud), polska praktyka blokowania stron bez kontroli sądowej (ABW, art. 180), i wreszcie zaostrzenie kar karnych tuż przed wyrokiem (niemiecka nowelizacja AWG z lutego 2026). To nie przypadkowe zbiegi okoliczności — to spójny kierunek, w którym mechanizmy stworzone do walki z państwowym nadawcą wroga rozlewają się na zwykłych obywateli. Podobny kierunek — poszerzanie kompetencji instytucji nadzorczych nad tym, co obywatel może powiedzieć lub zobaczyć — widać też w unijnych planach regulacji rynku medialnego wokół TVN.

Najbardziej niepokojące jest to, co pomija cała ta architektura prawna: prawdziwość treści nie ma znaczenia. Nie liczy się, czy to, co udostępniłeś, jest fałszywe, szkodliwe czy manipulacyjne. Liczy się wyłącznie etykieta nadana pierwotnemu źródłu przez unijnych urzędników. To jest dokładnie odwrócona logika wolności słowa — zamiast oceniać treść, ocenia się pochodzenie, a to jest fundament każdej cenzury politycznej w historii, niezależnie od tego, pod jakim sztandarem akurat występuje.

Amerykański model — jak zauważa Reason — świadomie wyłączył czystą komunikację i publikację spod reżimu sankcyjnego. Kongres USA uznał, że sankcjonowanie „jakiejkolwiek komunikacji pocztowej, telegraficznej, telefonicznej lub innej osobistej” to zbyt daleko idąca ingerencja. Unia Europejska tego rozróżnienia nie zrobiła — i teraz zbiera tego konsekwencje w postaci wyroku, który każe traktować reposta jak przestępstwo gospodarcze.

Jest w tym wszystkim gorzka ironia, na którą zwracają uwagę szwajcarscy analitycy: jeśli UE sama zaczyna karać za odmienne opinie, podważa własną wiarygodność wobec reżimów autorytarnych, które robią dokładnie to samo — tyle że bez udawania, że to coś innego. To napędza efekt Streisand i daje rosyjskiej propagandzie gotowy argument: „patrzcie, Zachód też cenzuruje”.

Rozszerzanie się definicji zagrożenia od nadawców propagandy do zwykłych obywateli

FAQ

Czym dokładnie jest wyrok TSUE w sprawie C-67/25?

To orzeczenie Czwartej Izby Trybunału Sprawiedliwości UE z 2 lipca 2026 roku, wydane w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne niemieckiego Landgericht Saarbrücken. Trybunał orzekł, że zakaz nadawania treści RT z rozporządzenia 833/2014 obejmuje także osoby prywatne prowadzące darmowe blogi finansowane z dobrowolnych darowizn — nie tylko komercyjnych nadawców.

Kto jest oskarżony w sprawie, która trafiła do TSUE?

Troje niemieckich obywateli, oznaczonych w dokumentach sądowych jako R, N i K, prowadzących blog „Live-Ticker” pod pseudonimem Traugott Ickeroth. Zarzuca się im czterokrotną publikację filmów RT Deutschland w 2023 roku oraz naruszenie unijnych sankcji gospodarczych.

Jakie kary grożą za naruszenie zakazu nadawania treści RT?

W Niemczech, zgodnie z § 18 ust. 1 znowelizowanej ustawy o handlu zagranicznym (AWG), obowiązującej od 6 lutego 2026 roku, kara wynosi od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności dla osób fizycznych. Dla osób prawnych grzywna może sięgnąć 40 milionów euro.

Czy ten wyrok dotyczy też Polski?

Bezpośrednio dotyczy sądu w Saarbrücken, ale jako wykładnia prawa unijnego wiąże wszystkie sądy krajowe w UE, w tym polskie. Polska ma już własny mechanizm cenzury sieci — blokady ABW z art. 180 Prawa telekomunikacyjnego, którymi objęto m.in. myslpolska.info i wRealu24.pl w 2022 roku, bez jakiejkolwiek kontroli sądowej tych decyzji.

Czy TSUE karze bloga bezpośrednio, czy tylko interpretuje przepis?

Formalnie Trybunał odpowiada wyłącznie na pytanie o wykładnię prawa unijnego — nie skazuje nikogo sam. Wyrok skazujący i jego wymiar zależą od sądu w Saarbrücken. W praktyce jednak TSUE dał temu sądowi jednoznaczny mandat: prawo sankcyjne „musi być interpretowane” tak, by objąć osobę prowadzącą stronę internetową finansowaną z dobrowolnych wpłat.

Czy ma znaczenie, czy udostępniona treść była prawdziwa?

Nie. Zgodnie z wykładnią przyjętą przez TSUE jedynym kryterium odpowiedzialności jest tożsamość pierwotnego nadawcy — czyli fakt, że materiał pochodzi od podmiotu z unijnej listy sankcyjnej (załącznik XV do rozporządzenia 833/2014). Prawdziwość, kontekst czy interes publiczny treści nie są brane pod uwagę.

Czy sankcje UE dotyczą już kogoś poza kręgiem związanym z RT?

Tak. W maju 2025 roku sankcjami objęto niemieckiego dziennikarza Hüseyina Doğru i jego żonę Lizzie Phelan, a w grudniu 2025 roku szwajcarskiego pułkownika Jacquesa Bauda — bez postawienia im formalnych zarzutów karnych, na podstawie ogólnych określeń w stylu „tuba prorosyjskiej propagandy”.

Czy to oznacza, że zwykły bloger może trafić do więzienia za udostępnienie filmu?

Zgodnie z literą wyroku — tak, przynajmniej teoretycznie i w jurysdykcji niemieckiej. Wystarczy, że osoba prowadzi stronę internetową (nawet darmową, finansowaną z dobrowolnych wpłat) i publikuje na niej treści pochodzące od podmiotu objętego sankcjami. Skala działalności, cel zarobkowy i czas trwania nadawania nie mają znaczenia dla samej kwalifikacji prawnej.

Co różni podejście UE od podejścia USA w tej sprawie?

Prawo amerykańskie świadomie wyłącza czystą komunikację osobistą i publikacyjną spod reżimu sankcyjnego — Kongres USA uznał, że sankcjonowanie zwykłej komunikacji pocztowej, telefonicznej czy internetowej idzie za daleko. Unia Europejska takiego wyłączenia nie wprowadziła, co pozwoliło TSUE rozciągnąć definicję „operatora” na osoby prywatne.

Źródła pierwotne


Tekst przygotowany z pomocą AI, zweryfikowany redakcyjnie przez Wydawnictwo Wolne Pióro. Odpowiedzialność redakcyjna: Telegram / E-Mail.

By Jurek R1a

Freelancer, wolnościowiec, miłośnik natury i nowoczesnych technologii.

3 thought on “Wyrok TSUE cenzura internetu: 5 lat więzienia za reposta – oto nowy koszmar polskich blogerów”
  1. […] Podstawą prawną nie był żaden nowy zakaz wolności słowa uchwalony w otwartej debacie. Był to mechanizm sankcyjny – formalnie środek gospodarczy wobec Rosji – rozciągnięty przez interpretację sądową na zwykłych blogerów. Rzecznik Generalny Rimvydas Norkus w lutowej opinii określił pojęcie „operatora” jako „funkcjonalne i technologicznie neutralne”, obejmujące każdą osobę sprawującą faktyczną kontrolę nad procesem nadawania – niezależnie od skali, finansowania czy zamiaru komercyjnego. Pełną analizę tej sprawy i jej polskiego kontekstu znajdziesz w naszym wcześniejszym artykule: Wyrok TSUE cenzura internetu: 5 lat więzienia za reposta. […]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *